
„A więc, Bracia i Siostry, idźcie do Leżajska!…”
Pielgrzymka z Łukawca do Leżajska
Pisałem we Lwowie, w święto Królowej Korony Polskiej dnia 3. Maja 1933 r.
O. Benedykt Wiercioch
Zakonu OO. Bernardynów.
Leżajsk! Matka Boska Cudowna! miejsce święte! sławny klasztor OO. Bernardynów!… to były wyrazy, okrzyki, które niemal od niemowlęctwa obijały się o uszy starszych i dzieci w mej rodzinnej wiosce Łukawcu (pod Rzeszowem). Zobaczyć raz te „cuda“, to było marzeniem i pragnieniem wszystkich tam dzieci, wykołysanem w dziecinnych „malowanych“ snach… Spełnienie się zaś tych marzeń, równało się szczęściu…
Nic tedy dziwnego, że i ja zacząłem wcześnie marzyć o Leżajsku. Miałem 9 lat i byłem już po pierwszej Komunji św. Wtem posłyszałem, że mój brat Antoni, starszy odemnie o 13 lat, wybiera się tego roku na Zielone Świątki, z pielgrzymką do Leżajska. Zacząłem tedy, z początku nieśmiało, potem coraz natarczywiej, prosić Matkę, aby i mnie pozwoliła iść do Leżajska. Opierała się trochę pobożna Matka „bo to — powiada — mały jeszcze jesteś, jeszcze gdzie zginiesz w tłumie, albo cię w ciżbie uduszą“…
— Nie zginę, Mamusiu, nie dam się, — odpowiadałem. I pozwoliła nareszcie, jeno Jantkowi przykazała, aby mię dobrze pilnował.
Cieszyłem się ogromnie i nie mogłem się doczekać dnia, kiedy na tę upragnioną pielgrzymkę wyruszę? Nadszedł wreszcie piątek przed Zielonemi Świątkami. Już od wczesnego ranka wybiegałem co chwila na wieś, czy już kompanja idzie? Tymczasem… Matka zaopatrywała starszego brata na drogę: „Tu masz, powiada, placek (świeży chleb pszenny) tu masło, tu ser dla was obu, tu masz 5 „szóstek“ to dasz w Leżajsku na Mszę św. do Matki Boskiej Cudownej, o błogosławieństwo i zdrowie dla całej naszej rodziny, tu drugie 5 szóstek za naszych zmarłych i trzecie 5 szóstek za naszą chudobę; tu masz pieniądze na ofiarę, na nocleg, na kawę i na obrazki“… Ja nic nie dostałem „jeszczeby mały zgubił“, mieliśmy z bratem wszystko wspólne, jak pierwsi chrześcijanie… Wziąłem tylko książeczkę do modlenia do kieszeni, a buty niosłem w ręce, bo przecie ciepło, szkoda butów drzyć, tembardziej że za chwilę trzeba się zzuwać, bo pójdziemy przez wodę (Wisłok). Pocałowaliśmy Matkę w rękę, pożegnali się z rodzeństwem, a oni nam błogosławili na drogę i polecali się naszym modlitwom u Matki Boskiej leżajskiej.
Nadeszła wreszcie z końca wsi, wielka kompanja, paręset ludzi i myśmy się do niej przyłączyli, a po drodze przyłączyli się inni. Przewodnikiem, jak co roku, był starszy brat różańcowy Józef Palcowski, gospodarz nie bogaty, ale bardzo pobożny i poważny, wielce szanowany w całej naszej parafji, mówca i śpiewak doskonały. Kompanja składała się z gospodarzy, gospodyń, kawalerów i dziewuch, a z pomiędzy nielicznych dzieci ja prawdopodobnie byłem najmłodszy. Niebawem przebrnęliśmy Wisłok i szliśmy, śpiewając pieśni nabożne przez laski i piaski medyńskie i rakszawskie ku Żołyni. Przy każdej przydrożnej kapliczce, figurze lub krzyżu klękaliśmy na chwilę i odmawiali modlitwy na wezwanie przewodnika. W Żołyni wstąpiliśmy do kościoła, był to staruszek z drzewa, a obecny wielki kościół murowany był dopiero zaczęty; pomodliliśmy się trochę i pośpiewali, a potem był spoczynek i obiadowy posiłek. Na komendę przewodnika ruszyliśmy w dalszą drogę piachami, w których nogi grzęzły po kostki, bo wówczas jeszcze nie było gościńca, którym się teraz wygodnie idzie i jedzie. Gdzieś koło Brzózy Stadnickiej czy Giedlarowej zboczyliśmy na twardsze drogi polne, i wyszliśmy na wzgórze, zkąd już widać było klasztor leżajski. „Witana góra“! odzywają się ci, co tu już raz byli. „Padnijcie krzyżem“! woła przewodnik — powitajmy to miejsce święte“! Padliśmy natychmiast, a zaraz wzdychy i szlochy podniosły się z wielu piersi… Gdyśmy w parę pacierzy powstali, jął mówić przewodnik: „Bracia i Siostry! Otośmy ujrzeli to miejsce święte, do którego dążymy. Patrzcie! już tam oto, czeka na nas Cudowna Panienka i jak Matka najlepsza pragnie nas do Serca Swego macierzyńskiego przytulić. Wie Ona, że idziemy do Niej i tęskni za nami, jako i my za Nią. Czeka i pragnie jak najprędzej udzielić nam łask, które nam troskliwie przygotowała. Już, już niedługo Ją zobaczymy. Idźmy tedy żwawym krokiem, z ufnem sercem, łzawem okiem, bo Maryja czeka nas, przyszedł czas, ach! przyszedł czas“!…
I tak cudnie mówił dalej pobożny przewodnik do rozumu i serca, żeśmy wszyscy rzewnie płakali. Mówił jeszcze, żeśmy nie godni, bo grzechów mamy dużo: a nieposłuch i zuchwalstwa, a wybryki i kłamstwa, plotki i obmowy, przekleństwa i zazdrości, plugawe śpiewki i mowy, nieczystości, wszeteczeństwa, nieróbstwo!… i t. d. Tam oto, na miejscu św. mamy to wszystko zostawić w spowiedzi św., a wrócić do domu innymi ludźmi“!…
Po mowie wybierał przewodnik od pątników ofiary: Na wotywę, która się odprawi u Matki Boskiej Cudownej za całą kompanję, na wprowadzenie i wyprowadzenie kompanji i na różne modlitwy, któreśmy zaraz odmawiali, a on zapowiadał intencje.
Ofiarę na wspólną Mszę św. zaniósł przewodnikowi mój brat, a gdy nastąpiły modlitwy, dał mi dwie szóstki i szepnął do ucha: „Zanieś za duszę ś. p. naszego tatusia“. Zaniosłem i powiedziałem intencję, a przewodnik mówi za chwilę: „Przyniosło tu jedno pacholę ofiarę za duszę rodzica swego ś. p. Jakóba. Zacny był gospodarz, pobożny katolik, śmierć go przedwcześnie zabrała; zmówmy za niego Ojcze nasz… Po tych modlitwach i posiłku, ruszyliśmy dalej w drogę z pieśnią na ustach, i w niespełna godzinę, stanęliśmy już pod murami klasztoru leżajskiego. Jak okiem sięgnąć, ludu naokoło moc! Idzie kompanja za kompanją z wszystkich stron świata, ani końca nie widać, a wszyscy rozmodleni, rozśpiewani dążą do Matki Boskiej. Lecz nie wchodzą odrazu do świątyni, zatrzymują się przed „Bramką“, niegodni — aż ich kapłan pobłogosławi, wodą święconą pokropi, pouczy i on ich przed oblicze Cudownej Maryji zaprowadzi…
Przyszła kolej i na naszą kompanję. Staje przed nami młody ksiądz-Bernardyn, ubrany w komżę i stułę, „czapeczka“ na głowie, a w ręku krzyż. Błogosławi nas krzyżem św. kropi święconą wodą, a potem nas wita słowy: „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus, i Maryja Matka Jego! Odpowiadamy skwapliwie: Na wieki wieków Amen! „Witam was kochani w Chrystusie Bracia i Siostry! — mówi ksiądz. — Witam was w Imię Trójcy Przenajświętszej, i w Imię Cudownej Panienki leżajskiej, do którejście szczęśliwie przybyli. Widzę, że zdaleka idziecie, boście utrudzeni bardzo i kurzem mocno okryci. Opuściliście tę ziemię ojczystą i ukochaną strzechę rodzinną, opuściliście domy i rodziny wasze, zagrody i pola wasze, rodziców i rodzeństwo wasze, mężów i żony wasze, dzieci i chudobę waszą, pilne roboty i interesy wasze, a w pocie czoła i trudzie przyszliście do tronu Maryji Cudownej! Ale nie żałujecie tego trudu i mozołu, bo widzę radość na obliczach waszych, iżeście szczęśliwie zdążyli do celu pielgrzymki waszej. Oto już za chwilę spotka was szczęście, że ujrzycie oblicze Cudownej Maryji leżajskiej, tej Matki Pocieszenia. O! pocieszy was Ona, pocieszy! A któż z was nie potrzebuje pocieszenia? Wszyscy, a wszyscy do jednego. Potrzebujesz ty mężu, coś w domu zostawił chorą żonę, matkę twych dzieci, potrzebujesz pocieszenia ty żono, coś przyszła błagać Matkę Boską o nawrócenie twego męża – pijaka; wy rodzice, coście zostawili krnąbrne i zuchwałe dzieci; wy dzieci, coście zostawili w domu chorego ojca lub matkę kochaną… może ich już przy życiu nie zastaniecie? Ale ufajcie, że ta Cudowna Matka Łaskawa pocieszy was. Wszak Ona po to się tu objawiła, aby swe dzieci pocieszać, po to was do Siebie wezwała, aby i was pocieszyć, aby wam wyjednać odpuszczenie grzechów u Syna Swego Najmilszego, aby utwierdzić wiarę waszą, pokrzepić nadzieję, wzmocnić miłość. O! dobrzeście zrobili, żeście usłuchali wezwania Maryji i przyszliście do Niej. Ona tam na tronie Swego ołtarza czeka na was, przytuli was do Serca macierzyńskiego, skryje was pod Swój płaszcz królewski, Jej oczy spojrzą na was z miłością, Jej ręce święte trzymają dla was liczne dary i łaski. Choć grzeszni jesteście, to przecie Maryja wami nie wzgardzi, bo ta Matka nasza Najlepsza, ta Królowa Najmilsza nikiem nie gardzi, nikogo nie opuszcza, na każdego wejrzy łaskawem okiem miłosierdzia.
Ale, kochani Bracia i Siostry, zanim ujrzycie Oblicze tej Cudownej Pani, zanim oczyścicie dusze wasze w św. Sakramencie Pokuty, już teraz oczyśćcie je przez żal doskonały za grzechy wasze, żałujcie za nie jedynie z czystej miłości ku Bogu, abyście się stali godnymi przystąpić do tronu łaski i miłosierdzia Maryji. Wołajcie tedy z pokutującym psalmistą: „Zmiłuj się nademną Boże, według wielkiego miłosierdzia Twego, a według mnóstwa litości Twoich, zgładź nieprawość moją“! Ty zaś Maryjo Ucieczko grzeszników, przyczyń się za nami“.
I tak płynęły dalej słowa wymownego kaznodziei, słodko i rzewnie; wypowiedziane z serca, trafiały prosto do serc naszych, odbijały się w nich echem żalu, ufności i miłości Maryji — i nie było nikogo wśród nas, coby serdecznych łez nie ronił…
Uczył nas jeszcze dobry ojciec, jak się mamy zachować na miejscu św. jak się modlić i kajać przed Panem, jak się spowiadać i trwać na bogomyślności.
Wreszcie zawołał głosem wielkim: „Pójdźcie już, pójdźcie, pokłońcie się tej Pani Cudownej“! — i zaintonował pieśń: „Idźmy, tulmy się jak dziatki do Serca Maryji Matki“.
Uchwyciliśmy melodję i ledwieśmy jedną zwrotkę prześpiewali, urwała się pieśń, bośmy wkroczyli do cudownej kaplicy i padliśmy krzyżem przed Cudownym Obrazem. I, już pieśń… inna, cicha pieśń skruchy, ufności i miłości ku Maryji, dobywała się długo z serc i piersi wszystkich; to jęk i płacz, szlochy i wzdychania… Naraz zabrzmiała potężna muzyka, to wyszły nieszpory, a sławne organy leżajskie dały znać o sobie… Zerwaliśmy się natychmiast z posadzki; wielomelodyjne śpiewy różnych kompanij umilkły — i wszyscy, jak jeden mąż, braliśmy zgodny udział w nabożeństwie nieszpornem. Wkońcu przeszedł celebrans z asystą i zakonnikami od wielkiego ołtarza do ołtarza Matki Boskiej Cudownej — i zabrzmiała, tak zawsze wzruszająca melodja litanji loretańskiej, a potem „Pod Twoją obronę uciekamy się Święta Boża Rodzicielko“…
Wreszcie cicho, tajemniczo zadzwoniły dzwoneczki — powoli zaczęła się spuszczać zasłona na Cudowny Obraz Maryji, a z chóru odezwał się przenikliwy głos trąb… to Maryja ukończyła na dziś posłuchania swoich dzieci… Potem kazanie na „Bramce“. Mówił do rzeszy zgromadzonych pięknie i porywająco, głosem potężnym i przenikającym, jakiś ksiądz – Bernardyn, a lud zasłuchany brał do serca perły słowa Bożego.
Na drugi dzień spowiedź św. Konfesjonały z obu stron na placu kościelnym silnie oblężone; wielu przez noc spało przy konfesjonałach… Za łaskę i szczęśliwy traf poczytywali sobie, jeżeli ksiądz wczas rano usiadł w konfesjonale, przy którym czekali i siedział długo… My obaj z bratem nie mieliśmy takiego szczęścia, bo czekaliśmy długo, ale wytrwale przy jednym konfesjonale; uwzięliśmy się dziś koniecznie dostać się do św. spowiedzi. I nie zawiodła nas nadzieja. Za jaką godzinę, może dwie, nadszedł ksiądz, ale ruski. Nic to, nie ruszamy się z szeregu, przyszła kolej na nas, wyspowiadaliśmy się. Chwała Bogu! mamy odpust… Potem komunja św. wśród tłumów, co nas popychały i odpychały, ale dostaliśmy się nareszcie. Teraz po dłuższej modlitwie, chodźmy na „piasek“, trzeba coś przekąsić, bo to już blisko południe. W chwili gdyśmy weszli w „Bramkę“, spotkały się dwie kompanje, jedna szła w tę druga w przeciwną stronę. Dostaliśmy się jak w kleszcze, zdusili mię okropnie, ażem gwałtu! krzyczał. Pofolgowali jednak i wydostaliśmy się nazewnątrz. Teraz już wszystko dobrze, tylko przypomnieliśmy sobie, że to dziś wilja do Zielonych Świątek — post ścisły, a więc z nabiałem nie wolno!^1)… Posiliśmy się tedy postnym plackiem i kupili u przekupki po ogórku z ogórczanką. Dobre to, smakowało nam znakomicie, a zarazem gasiło pragnienie…
Spaliśmy na piasku, ciepło było i miękko, niczem materac. Nic to, że naokoło hałas, że usiadły kompanje i każda śpiewa inaczej chwałę Maryji. Przez wszystkie trzy noce spaliśmy snem sprawiedliwego, a jak za niemowlęctwa kołysała nas do snu pieśń matczyna, tak teraz kołysały nas te pienia pobożne, które milkły na krótko, już chyba po północy, a skoro świt, już słychać zewsząd: „Zawitaj ranno Jutrzenko“… i „Zacznijcie wargi nasze chwalić Pannę Świętą“.
I tak wśród nabożeństw, słuchania kazań i służenia codzień… do kilku Mszy św. (bo już wtenczas umiałem), minęły mi prędko trzy dni odpustu leżajskiego. W poniedziałek świąteczny trzeba się już wybierać zpowrotem do domu i to zaraz po wotywie, aby na wieczór zdążyć do Łukawca; pięć mil to nie bagatela! Na rozkaz przewodnika, zebrała się cała nasza kompanja na wotywę, a po niej żegnaliśmy już z płaczem Cudowną Matuchnę leżajską; może poraz ostatni? kto to wie? Patrzyła — ci na nas ze Swego Obrazu taka cudna, biała, leciutko rumiana, a z taką miłością i prościutko w oczy, z którejkolwiek strony spojrzałeś…
Wyszliśmy przed główną bramę kościoła. Wnet się zjawił ksiądz Bernardyn, ten sam, co nas w piątek witał. Pomodlił się nad nami, pokropił święconą wodą, przeżegnał krzyżem św., i przemówił: „Kochani Bracia i Siostry! Widzę po was wszystkich, jak bardzo wam żal odchodzić z tego miejsca świętego. Jak wam żal opuszczać tę Cudowną Matuchnę leżajską! Tak wam tu mile i błogo było trwać na bogomyślności i modlitwie przy Najsłodszym Sercu Jezusa i Najczulszem Sercu ukochanej Matki Maryji. Tyle łask udzielił wam Jezus Miłosierny, a wybłagała Ucieczka grzeszników, Pocieszycielka utrapionych. Przyszliście obarczeni grzechami, a odchodzicie z lekkiem sumieniem. Przyszliście utrapieni, a odchodzicie pocieszeni. Przyszliście słabi w wierze i pobożności, a otoście umocnieni, słabi w nadziei św. a otoście utwierdzeni, słabi w miłości Boga i bliźnich, a otoście pokrzepieni. Wracacie do domów waszych jakoby innymi ludźmi. I choć wam tak dobrze było, że chwilami czuliście się jak w niebie, wracać musicie do domów waszych, do rodzin waszych do obowiązków waszych, do prac waszych, do powszedniego życia. Pielgrzymowaniem jest życie człowieka na ziemi. Jak pielgrzymka życia zakończy się kiedyś dla nas wszystkich śmiercią, daj Boże! szczęśliwą, tak i wasza pielgrzymka do Cudownej Maryji leżajskiej skończyć się musi. Obecność wasza w domu konieczna! O! czekają tam na was w domu z tęsknotą i modlą się za was o szczęśliwy powrót. Czekają rodzice na dzieci, żony na mężów, mężowie na żony. Czeka na ciebie matko twoje dzieciątko małe, któreś od piersi odstawiła, ogląda się biedactwo i pyta: „Gdzie mama? gdzie mama? — i zdaje mu się, żeś mu krzywdę zrobiła! O! jak ono się ucieszy, gdy nareszcie ujrzy mamę, po tak długiej rozłące!…
A więc dziękujcie Bogu z całego serca za odpuszczenie grzechów i za łaski otrzymane na tem miejscu świętem. Dziękujcie…
Cudownej Maryji leżajskiej, bo Ona wam te łaski u Boga wyjednała — i idźcie już, idźcie do domów waszych! O! żegnaj nam Matuchno Cudowna! już Cię może nie ujrzymy więcej? Żegnajcie kapłani i wy braciszkowie! Żegnaj nam ty prześliczny kościele i wy współpielgrzymi, coście się tu wraz z nami modlili; Obyśmy się razem zobaczyli w niebie! I ja was żegnam, kochani Bracia i Siostry, imieniem Ojców i braci, stróżów tego miejsca świętego, i dziękuję Wam za trudy, któreście podjęli, za modlitwy, któreście tu do nieba wznieśli, za umartwienia, któreście tu ponieśli, za ofiarki, któreście złożyli. Błogosławi wam Cudowna Panienka na szczęśliwą drogę i ja kapłan Boży błogosławię wam. Zanieście to błogosławieństwo do domów i rodzin waszych; zanieście je do gminy i parafji waszej, do sąsiadów i przyjaciół waszych. Niech ono wam wszystkim będzie zadatkiem błogosławieństwa Bożego i szczęśliwości waszej doczesnej i wiecznej.
Na koniec pytam was a wy mi odpowiedzcie kochani Bracia i Siostry: Czy będziecie lepiej służyć Bogu niż dotychczas? Czy będziecie lepiej zachowywać przykazania Boże i Kościoła św.? Czy będziecie pilniej unikać złych towarzystw i okazji do grzechu? Czy będziecie kochać Boga i Matkę Najświętszą? Czy nie zapomnicie o Cudownej Maryji leżajskiej? O! bądźcie pewni, że i Ona o was nie zapomni. Idźcie z Bogiem, a jak Bóg pozwoli, przyjdźcie tu jeszcze. Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus“!
Na końcowe pytania kapłana – mówcy, odpowiadaliśmy wszyscy ze łzami: Będziemy, będziemy — nie zapomnimy!… Stałem tuż przy nim, wpatrzony w jego oblicze natchnione, pełne zapału. Każde słowo jego brałem do serca i notowałem w pamięci. Ani mi na myśl wówczas nie przyszło, ani nie mogłem przypuścić, że i ja kiedyś, po latach wielu, jego rolę odgrywać będę i jak on, witać i żegnać będę nie tylko kompanję z Łukawca, ale i z wielu innych wsi i miasteczek…
Wróciliśmy wówczas szczęśliwie do Łukawca, już późnym wieczorem. Cała wieś na nas czekała, witali nas wszyscy z radością, a myśmy im opowiadali długo z równą radością, cośmy widzieli i słyszeli w Leżajsku…
Pielgrzymka ta tak głęboko utkwiła w sercu i pamięci, że bardzo często mi się przypominała w różnych okolicznościach życia. Od tej chwili błogiej upływa właśnie 54 lat, a jednak jakże żywo stoi mi ona przed oczyma! Od tej chwili minęło szybko drugie dziewięć lat mego życia — i oto, dziwnem zrządzeniem Boskiem, znalazłem się w klasztorze leżajskim, już jako nowicjusz, w sukience św. Ojca Franciszka Serafickiego i w Jego pasku z „kółeczkiem“ (tonzurą) na głowie. Snać już w czasie pielgrzymki wybrała Sobie Matka Boska mnie niegodnego na Swojego stróża, bo już w 7 lat potem mieszkałem jako kapłan w naszym klasztorze leżajskim i głosiłem chwałę Cudownej Maryji i w czasie odpustów przyjmowałem i błogosławiłem kompanje…
Do nowicjatu zawiozła mię własnemi końmi ś. p. Matka moja, wraz z bratem Antonim, który mię w czasie pielgrzymki pilnował, przed 9 laty. Cieszyła się niewymownie świątobliwa Matka – Tercjarka że mię Pan Jezus powołał do Zakonu św. Franciszka i do kapłaństwa i póki żyła, odwiedzała mię w Leżajsku, a potem w innych klasztorach. Już 30 lat mija od czasu, gdy moja Kochana Matka spoczęła w grobie, a w roku zeszłym umarł i brat Antoni. Z dziewięciorga rodzeństwa zostało nas już tylko troje przy życiu, a z towarzyszy i towarzyszek owej pielgrzymki leżajskiej, Bóg wie?… czy jeszcze kto żyje! Trzeba już i mnie niedługo przenieść się na „dziadków ogródek“…
Niech mi teraz kto powie, że pielgrzymki do miejsc świętych są niepotrzebne, niepożyteczne!?…
A więc, Bracia i Siostry, idźcie do Leżajska!…
Nigdy dotychczas nie miałem zamiaru pisać coś do druku, aż mię skłoniła do tego pewna okoliczność. Niech więc idzie to moje słowo drukowane dla Braci, dla Rodaków, dla Tercjarzy i ludu polskiego…
Pisałem we Lwowie, w święto Królowej Korony Polskiej dnia 3. Maja 1933 r.
O. Benedykt Wiercioch
Zakonu OO. Bernardynów.

